Prawdziwe historie z Bułgarii: Katastrofa samolotu, której nikt nie wyjaśnił

Odcinek 3

Katastrofa samolotu, której nikt nie wyjaśnił

16 marca 1978 roku o godzinie 13.36 samolot Tu-134 bułgarskich linii lotniczych Balkan wzbija się w powietrze na lotnisku w Sofii. Pogoda jest korzystna, jest słonecznie, wiatr jest słaby. To regularny lot na linii Sofia-Warszawa. О 13.52, samolot rozbija się między wsiami Tłaczene i Gabare. Wszyscy na pokładzie giną, a ponad 40 lat później wciąż jest więcej pytań niż odpowiedzi.

Próżno szukać pełnej listy osób, które zginęły w katastrofie. Na pokładzie było dwóch obywateli Wielkiej Brytanii i 34 Bułgarów. Większość ofiar to Polacy – było ich 37. Łącznie samolotem leciały 73 osoby.

Tadeusz Włodarczyk, Witold Stachowiak, Marek Kolasa, Krzysztof Otocki i Jacek Zdaniuk wracali z obozu sportowego w Kazanłyku. Byli częścią kadry narodowej w kolarstwie torowym. W ostatnim momencie okazało się, że masażysta zespołu musi wrócić wcześniej do Polski, więc wykorzystał bilet szóstego kolarza, Sylwestra Prokopka, który miał wrócić do Polski samochodem. To uratowało mu życie.

Na obóz miał pojechać także Leszek Sibilski, obecnie socjolog, działacz sportowy i wykładowca. Z powodu egzaminów na uczelni musiał jednak zostać w Polsce. Trzy dni po katastrofie otrzymał pocztą kartkę z Bułgarii, którą wysłali mu jego koledzy. Napisali, że dobrze się bawią i żałują, że go nie ma. To był dla niego wstrząsający moment. Poczuł, że dostał od życia drugą szansę.

Na pokładzie znajdowała się też studentka z Warny, Joanna Zakościelna oraz jej mąż Dominik Szkorupa. Miała lecieć na pogrzeb swojego taty, który chorował od kilku miesięcy. Nigdy tam nie dotarła, a jej rodzina do dziś pyta się, jaka jest przyczyna katastrofy.

Takie pytanie zadaje sobie wielu Polaków, których członkowie rodzin wtedy zginęli. I chociaż na uroczyste odsłonięcie pomnika na miejscu katastrofy nikt ich nie zaprosił, wielu z nich przez lata przyjeżdżało do Bułgarii, żeby zobaczyć na własne oczy miejsce wypadku. Niestety witał ich smutny widok. Pomnik znajduje się w niezbyt dostępnym miejscu, miejsce jest nieoznaczone i pokryte wysoką trawą. Po ogrodzeniu, które zrobiono w 1979 roku nie ma już śladu. Są też osoby, którym po prostu nie udało się go odnaleźć i wracali do domu ze smutnym wrażeniem, że wszyscy zapomnieli o katastrofie i ludziach, którzy w niej zginęli.

Podobno pod koniec minionego roku, dzięki staraniom MSZ we współpracy ze stroną bułgarską, teren uprzątnięto. Jest także nadzieja, że pomnik zostanie odnowiony, a nad rzeczką zostanie zbudowany mostek, który umożliwi łatwiejszy dostęp do niego.

Wśród bułgarskich ofiar znajdowała trenerka reprezentacji Bułgarii w gimnastyce artystycznej kobiet Żulieta Sziszmanowa, jej pomocniczka Rumjana Stefanowa i gimnastyczki Ałbena Petrowa i Walentina Kiriłowa. Na zawody w Polsce miała się udać Iliana Raewa, obecna trenerka reprezentacji, ale z powodu wysokiej temperatury zastąpiła ją Ałbena Petrowa. W samolocie znajdowała się także grupa młodzieży ze szkoły sportowej w Burgas i bułgarscy piłkarze.

Po katastrofie bliscy w Bułgarii otrzymali telegramy od Todora Żiwkowa. Zostali zmuszeni także do podpisania deklaracji, że nie będą składać pozwów.

Co wiadomo o katastrofie?

Kilkanaście minut po wylocie, samolot wykonał nagły zwrot i opuścił swój korytarz powietrzny, znikając z radarów. Uderzył w ziemię z prędkością ponad 800 km/h, a huk eksplozji był słyszalny w promieniu wielu kilometrów. Na miejsce szybko przyjechało wojsko, a wszystkie osoby postronne, które tam przybyły, łącznie z bliskimi zaginionych, nie otrzymały żadnej informacji.

Śledztwo zostało bardzo szybko zamknięte, a za przyczynę katastrofy podano uszkodzenie instalacji elektrycznej. Czarnych skrzynek podobno nie znaleziono. Władze komunistyczne robiły wszystko, żeby o sprawie szybko zapomniano. Wszystko to wydawało się bardzo podejrzane. Rodziny ofiar, zarówno po stronie polskiej, jak i bułgarskiej, chciały wyjaśnić sprawę, ale spotykały się ze ścianą.

Hipotez, co się stało jest kilka. Mówi się o omyłkowym zestrzeleniu samolotu. Faktem jest, że niedaleko Gabare znajdowała się tajna baza wojskowa, prawdopodobnie radziecka. Bardziej prawdopodobne jest jednak, że samolot zderzył się z samolotem bułgarskich sił powietrznych lub wojsk radzieckich i doszło do wypadku. Według autora artykułu w „Polska Times” piloci samolotów wojskowych lubili „bawić się” z samolotami pasażerskimi, podlatywać i wykonywać dziwne manewry. Być może w taki sposób doszło do nieszczęśliwego wypadku? Ta hipoteza tłumaczy wiele kordon wojskowych, błysk na niebie, który podobno widział owczarz Hristo Dinkin i pionowy lot samolotu ku ziemi.

Niezmiernie ciekawe są dokumenty, które odnaleziono w polskim IPN, w których bułgarskie władze pytają stronę polską o możliwe kontakty Polaków, lecących tym lotem, z organizacjami terrorystycznymi. Podobno pytano także, czy Joanna Zakościelna, o której pisałam wcześniej, potrafiła prowadzić samolot. Wszystko to może sugerować, że strona bułgarska szukała jakiegoś kozła ofiarnego, którego jednak nie znalazła. Według mnie, to jest kolejne potwierdzenie tego, że za to, co stało się z Tu-134 jest odpowiedzialna strona bułgarska lub wojsko radzieckie.

Co pamiętają Bułgarscy świadkowie? Tatjana Pawłowa, która pracuje teraz w sołectwie we wsi Gabare, była wtedy dzieckiem. Nigdy nie zapomni, gdy jeszcze w dniu katastrofy uczniowie z trzech pobliskich wsi zostali zmuszeni do zbierania pozostałości po katastrofie. Prócz części samolotu, widzieli też mnóstwo małych fragmentów skóry i kości. Chociażby to świadczy o tym, jak bardzo niepoważne było śledztwo, które prowadzono.

Bułgarskich artykułów na ten temat jest niewiele. Najczęściej pojawiają się w rocznicę katastrofy, a większość z nich powtarza te same informacje. Nie ma też żadnego dłuższego filmu dokumentalnego. Dotarłam jedynie do trzech krótkich reportaży. W jednym z nich „Tajemnice na niebie” na kanale BTV reporterzy dają głos bliskim tych, którzy zginęli. Mówią, że ich próby dowiedzenia się prawdy spełzły na niczym. Syn Żuliety Sziszmanowej mówi, że jego ojciec, który był wojskowym, pojechał na miejsce katastrofy, ale go nie wpuszczono. Według niego widział kawałki samolotu, który z pewnością nie był Tu-134. Nie odbiera tego jednak, jako dowodu na to, że samolot zderzył się z innym samolotem, a ma zupełnie inną hipotezę, którą zdaje się, że podzielają też inne rodziny przedstawione w reportażu. Według nich samolot został uprowadzony, a na miejscu katastrofy rozbito dla ukrycia tego faktu inny samolot.

Argumenty, które podają są jednak niepewne. Podobno godzinę po katastrofie belgradzkie radio poinformowało, że nierozpoznawalny samolot przeleciał nad terytorium Jugosławii. Podobno także rodzice jednej z ofiar otrzymali list z informacją, że są żywi, choć jego pełna treść i informacja, w jaki dokładnie sposób go otrzymali jest niejasna. Widziałam kilka wersji. Matka jednej młodej sportowczyni twierdzi, że mogą znajdować się na wyspie Mururoa na Pacyfiku. Swoje zdanie wyraziła także baba Wanga, a jakże, która powiedziała, że żyją i wrócą drogą wodną. Choć jednej z byłych uczennic Sziszmanowej, Nenszce Robewej powiedziała, że Żulieta nie żyje.

Wszystko to jest co najmniej wątpliwe. Jedyną rzeczą, która jest faktycznie zastanawiająca są dokumenty i rzeczy osobiste, które pokazała rodzina Dimityra Iwanowa. Fragmenty samolotu znajdowały się w promieniu wielu kilometrów, wszystko było rozdrobnione, nastąpił też wybuch, ciała były tak bardzo rozczłonkowane, że nie udało się nikogo zidentyfikować, a akty zgonu wypisano na podstawie listy osób znajdujących się na pokładzie. Tymczasem rodzina Iwanowa otrzymała w bardzo dobrym stanie jego dowód osobisty, bilet, receptę, którą miał wykupić w Polsce, pieniądze i kawałki jego ubrań. Nawet plastikowa obwoluta dowodu była w świetnym stanie. Jak to możliwe? Jest to rzeczywiście dziwne.

Ciekawą sprawę porusza także mama Nadji Kocewej, która leciała na zawody w Polsce. Twierdzi, że trzy miesiące po katastrofie na miejsce miała przybyć polska delegacja. Koryto rzeki zostało rozryte, gałęzie drzew spalone, mimo że wcześniej były zielone. Porozwieszano też wszędzie ubrania, których wcześniej tam nie było. Pokazuje zupełnie nową skarpetę, którą tam wtedy znalazła, choć wcześniej była tam trzy razy i niczego takiego nie widziała.

Dlaczego mieliby ich porwać? Aby robić na nich eksperymenty, np. związane z radiacją. Duża część osób na pokładzie to sportowcy, będący w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Według rodzin, trudno o lepszy materiał.

W reportażu wypowiada się także członek komisji, która badała wtedy katastrofę. Twierdzi, że nie chciano, aby sprawa była komentowana, dlatego że był to radziecki samolot, a ta sytuacja mogłaby postawić jego bezpieczeństwo pod znakiem zapytania.

Zdziwiła mnie trochę narracja tego reportażu. Innych hipotez nawet nie omawiano. Wychodzi na to, że prócz oficjalnej wersji, Bułgarzy biorą pod uwagę głównie tę o uprowadzeniu. Rodziny zapewne chcą wierzyć, że ich bliscy żyją i może kiedyś wrócą jeszcze do domu.

Polacy natomiast nie mają wątpliwości, że ich bliscy zginęli. Pragną jednak wyjaśnić, dlaczego. Kilka rodzin ofiar napisało wniosek o udostępnienie pełnych akt i ewentualne ponowne wszczęcie ponownego dochodzenia. Mam nadzieję, że napiszę jeszcze o tej sprawie, przedstawiając zakończenie sprawy, choć niestety muszę przyznać, że w to wątpię.

Źródła:

https://naszahistoria.pl/tajemnicza-katastrofa-w-gabare-i-stracone-marzenia-kolarzy/ar/10368590

https://magazyn.wp.pl/kobieta/artykul/joanna-zginela-w-katastrofie-w-bulgarii-mam-po-niej-imie

https://polskatimes.pl/zapomniana-katastrofa-lotnicza-w-gabare-opowiesc-o-ludziach-ktorzy-pamietaja/ar/c1-15352817

http://www.desant.net/show-news/57484

https://www.btv.bg/video/shows/btv-reporterite/videos/btv-reporterite-misterii-v-nebeto.html

https://www.pan.bg/view_article-1-537481-16-mart-43-godini-ot-naj-zagadychnata-katastrofa-na-bga-balkan.html

https://petel.bg/Nay-zagadachnata-aviokatastrofa-----zagivat-mnogo-izvestni-balgari--Iliana-Raeva-se-razminava-na-kosam-ot-smartta-__255633

Komentarze

Popularne posty